Co Scorpionsi wiedzą o motywacji, a inaczej aki nem dolgozik, ne is egyék

Prawdziwa motywacja

fot. http://​flickr​.com/​p​h​o​t​o​s​/​t​h​e​l​e​e​t​g​e​eks

Zasta­na­wiam się czy można napi­sać coś w tema­cie celów i moty­wa­cji, co jesz­cze nie zostało napi­sane, albo cho­ciaż skre­ślić kilka słów tak nor­mal­nie, bez pom­pa­tycz­nego psy­cho­lo­gi­zo­wa­nia i pre­ten­sjo­nal­nego tonu.

Nie wiem. Wiem tylko, że muszę przy­ci­snąć przy­cisk “publi­kuj” w panelu word­pressa przy­naj­mniej raz na 3 tygo­dnie; no to przyciskam.

A co do dzi­wacz­nego tytułu…

Aki nem dolgo­zik, ne is egyék

Posta­no­wie­nia — wszy­scy je dobrze znamy. Zda­rzają się nie tylko w Nowy Rok. Naj­czę­ściej maja jedna wspólna cechę — nic, ewen­tu­al­nie nie­wiele z nich wychodzi.

Pomy­ślisz pew­nie: “Scor­pionsi, jakiś dziwny tytuł, a tu o posta­no­wie­niach — bez sensu”.

Jeśli tak to pew­nie masz rację i nie zamie­rzam udo­wad­niać, że jest ina­czej; zamó­wi­łem kawę, otwo­rzy­łem notat­nik — muszę pisać dalej.

Ale, żeby nie było, że taki ze mnie cał­kiem aro­gant, to krótko powiem dla­czego po węgier­sku (tak, ten dziwny język to węgier­ski). Chyba dla­tego, że pol­ska wer­sja tej frazy tak się osły­szała, że już nie przy­kła­damy do niej więk­szej wagi; po angiel­sku też tak raczej banal­nie. A może to przez to dobre wino i piękne kobiety znad Dunaju (cho­ciaż wła­ści­wie nam też tego nie bra­kuje — ani dobrego wina, ani pięk­nych kobiet).

Co do samej pol­skiej wer­sji tego przy­sło­wia, to z pew­no­ścią każdy domy­śli się jak ono brzmi po prze­czy­ta­niu tego wpisu do końca.*

Żadnych skró­tów

Ale wra­ca­jąc do posta­no­wień: zge­ne­ra­li­zo­wa­łem już mocno i pew­nie prze­sa­dzi­łem jed­no­cze­śnie, zakła­da­jąc na wstę­pie, że nic z nich nie wycho­dzi. Nie zawsze tak jest — nie­kiedy się udaje.

Pozwól, że to zobrazuję:

Załóżmy, że od przy­szłego tygo­dnia posta­na­wiasz zacząć bie­gać (mogłem wpaść na coś bar­dziej ory­gi­nal­nego). W ponie­dzia­łek wkła­dasz, spe­cjal­nie na tę oka­zje kupione, buty, zamy­kasz za sobą drzwi domu i…zaczynasz biec — udało się !

Kolej­nego dnia robisz to samo; i tak przez cały tydzień.

Przy­cho­dzi ponie­dzia­łek; wra­casz z pracy — pada, więc zosta­jesz w domu. Chwilę zajęło Ci prze­ko­na­nie sie­bie, że tak będzie lepiej — bo możesz zacho­ro­wać, albo — nie daj Boże — pośliź­niesz się i skrę­cisz kostkę - jesteś usprawiedliwiony.

Naza­jutrz pogoda jest nie lep­sza, w pracy było masę roboty ; jesteś raczej zmę­czony, a w domu tyle do zrobienia — zostajesz.

Kolej­nego dnia warunki pogo­dowe ide­alne, ale już nie idziesz — zwy­czaj­nie Ci się nie chce, i już nawet nie potrze­bu­jesz wymó­wek — w końcu cel został zrealizowany.

Nie masz do sie­bie pre­ten­sji — prze­cież udało się to co sobie zało­ży­łeś. Zacząć bie­gać — czyż nie takie było postanowienie?

Jest jakiś mały pod­skórny dys­kom­fort, ale już odfaj­ko­wane, żyjemy dalej jak gdyby nigdy nic; będzie coś następ­nego — w końcu trzeba się rozwijać.

Brzmi zna­jomo?

A gdyby tak cel nieco zmodyfikować:

Będę bie­gał codzien­nie przez kolejny mie­siąc mimo nie­po­gody, znie­chę­ce­nia i natłoku obowiązków.

To z kolei brzmi prze­ra­ża­jąco. Takich celów lepiej nie mieć bo…może się nie udać i co wtedy? — trochę głu­pio będzie spoj­rzeć w lustro.

To żeby było jesz­cze trudniej:

Będę bie­gał codzien­nie, przez naj­bliż­szy tydzień; gdy już to zro­bię — a na pewno zro­bię, bo nie mam innego wyj­ścia — to będę bie­gał jesz­cze przez kolejny tydzień; a gdy uda mi się i to — bo musi — to będę bie­gał przez mie­siąc — zawsze o jeden mały krok do przodu, aż w końcu osią­gnę cel. Będę bie­gał codzien­nie i sta­nie się to moim nawy­kiem; czymś zupeł­nie natu­ral­nym; czę­ścią mojego życia. Nawet jak odpusz­czę jeden dzień, to nic się nie dzieje, bo już nie ma opcji rezy­gna­cji — jestem na to za silny; zbu­do­wa­łem coś trwa­łego, coś co będzie ze mną zawsze — charakter.

Prze­ra­ża­jące? Raczej tak; nie dość, że trzeba ruszyć tyłek to jesz­cze nie ma odwrotu.

Cel musi być jasny, okre­ślony w cza­sie, mie­rzalny i bez opcji pod tytu­łem “rezygnacja” — żadnych skrótów.

Czę­sto mówimy sobie: “chcę zro­bić x”, czy: “dobrze byłoby zacząć z”, albo: “chciał­bym nauczyć się y”. Pro­blem z tak sta­wia­nymi celami jest jeden, ale dosyć istotny: to nie są cele, to są pobożne życze­nia. Jak jest z życze­niami to wiemy wszyscy.

A co do bie­ga­nia to muszę się przy­znać, że żaden ze mnie bie­gacz. Gdy­bym codzien­nie ruszał w trasę pew­nie by mnie już nie było widać; tak hoj­nie obda­rzyła mnie natura, że cza­sem myślę, że spa­lam szyb­ciej niż zja­dam. Ale nie o bie­ga­nie tutaj cho­dzi; to tylko przykład.

Podob­nie jest w każ­dym innym przy­padku, czy jest to pisa­nie, nauka języka, tre­ning siłowy, praca nad pro­jek­tem, czy cokol­wiek innego.

Małe bitwy

Pamię­tam do dziś dni tre­nin­gowe kiedy lało za oknem, a jedyne co chciało się zro­bić po przyj­ściu z pracy, to zapa­rzyć gorącą her­batę i coś poczy­tać roz­wa­la­jąc się na wygod­nej kanapie .

Pamię­tam gdy trzeba było iść do popo­łu­dnio­wej szkoły języ­ko­wej, gdy naj­lep­szym wyj­ściem z moż­li­wych wyda­wał się gorący prysz­nic i sen.

W takich chwi­lach wymy­śla się naj­bar­dziej prze­ko­nu­jące wymówki pod słoń­cem — rodem z pod­ręcz­ni­ków do marketingu. I to jest wła­śnie moment decy­du­jący — albo siłą woli wysta­wiamy tyłek za drzwi i idziemy bie­gać, tre­no­wać, zro­bić to co ma być do zro­bie­nia, albo…idziemy na kom­pro­mis i decy­du­jemy się na przeciętność.

Wszy­scy mamy ten­den­cje dąże­nia do przy­jem­no­ści i do uni­ka­nia bólu — te dwie rze­czy kie­rują naszym życiem na naj­głęb­szym, pod­świa­do­mym pozio­mie. Jed­no­cze­śnie mamy świa­do­mość i moż­li­wość wyboru. Te codzienne wybory wła­śnie, są decydujące.

Cho­dzi o te małe bitwy. Wielu z nas nie zdaje sobie sprawy, że swoje życie wygrywa albo roz­mie­nia na drobne każ­dego dnia. Nie są ważne wiel­kie cele, plany i marze­nia, które wszy­scy dookoła każą nam mieć. Praw­dziwe zna­cze­nie ma każda ta chwila, kiedy rezy­gnu­jemy z natych­mia­sto­wej przy­jem­no­ści i kom­fortu na rzecz cze­goś waż­niej­szego; to te małe wygrane się liczą — tylko one.

Tu nie ma wiel­kiej filo­zo­fii. Zupeł­nie jak w tym utwo­rze Scor­pion­sów: “No Pain, No Gain” — i to jest jedyny sekret, który na dobrą sprawę żadnym sekre­tem nie jest.

Esen­cja rze­czy w tema­cie: Talent, praca, suk­ces na Revo­lu­tion Of Man

Dobro­wolna przeciętność

Każ­dego dnia na ulicy widuję ludzi, któ­rzy poszli z życiem na kom­pro­mis; dobro­wol­nie wybrali prze­cięt­ność. Cza­sem decy­dują się coś z tym zro­bić (wtedy widzę ich na siłowni lub basenie), ale wtedy jest już cho­ler­nie ciężko — dla wielu zbyt ciężko.

Decy­dują się na prze­cięt­ność gdy wpy­chają w sie­bie kolejne ham­bur­gery, a bra­kuje już otwo­rów w pasku. Patrze­nie w lustro humoru raczej nie popra­wia, ale tak jest wygod­nie i przyjemnie.

Robią to też popi­ja­jąc pew­nym zna­nym napo­jem (wszy­scy wiemy, o który cho­dzi) kolej­nego papie­rosa, bo prze­cież niczym innym już tego posmaku w ustach zabić się nie da.

Robią to także narze­ka­jąc — w końcu to szybki i sku­teczny spo­sób żeby poczuć się lepiej; zwa­lić winę na kogoś lub coś, i już… nie trzeba nic robić.

I tak dalej można by wymie­niać, koń­cząc na rze­czach naj­mniej­szych i pra­wie niezauważalnych.

Moty­wa­cja vs Dyscyplina

Jakiś czas temu Leo Babauta na Zen­ha­bits pisał o tym, że dys­cy­plina jest mitem, a za wszyst­kie dzia­ła­nia jakie podej­mu­jemy odpo­wie­dzialna jest nasza motywacja.

Długo nie chcia­łem się z nim zgo­dzić. Przez pra­wie dwa mie­siące, za każ­dym razem gdy sobie o tym przy­po­mi­na­łem, pró­bo­wa­łem zna­leźć jakieś sen­sowne kontr­ar­gu­menty dla jego teo­rii, i…nie znalazłem.

Moty­wa­cja rze­czy­wi­ście jest wszyst­kim; nega­tywna czy pozy­tywna — nie­ważne. Na naj­bar­dziej pod­sta­wo­wym pozio­mie albo chcemy unik­nąć bólu, albo dążymy do przy­jem­no­ści (naj­czę­ściej jedno i dru­gie). Są też i wyż­sze poziomy, ale musie­li­by­śmy zaha­czać o ducho­wość, a ja musiał­bym uda­wać, że wiem o czym piszę — zostawmy to więc tak, jak jest.

Nie ma decy­zji w naszym życiu, za którą nie sta­łaby jakaś moty­wa­cja.

O tym czy wycho­dzimy bie­gać gdy pada, piszemy gdy przy­jem­niej by było spraw­dzić maila, pro­jek­tu­jemy zamiast prze­glą­dać fejs­bo­oka — o tym wszyst­kim decy­dują nasze wewnętrzne motywacje.

Jeśli naszym życio­wym celem jest przy­jemna, bez­stre­sowa egzy­sten­cja, przy­pra­wiona, cho­ler­nie nie zdro­wym co prawda, ale nie­od­par­cie smacz­nym jedze­niem, albo satys­fak­cjo­nuje nas wie­lo­go­dzinne zale­gi­wa­nie na kana­pie przed tele­wi­zo­rem, to dokład­nie temu będziemy pod­po­rząd­ko­wy­wać nasze decy­zje; te naj­mniej­sze, te codzienne.

Nie­któ­rym to wystarcza.

W jed­nym z wcze­śniej­szych wpi­sów zamie­ści­łem zrzut pul­pitu, na któ­rym obec­nie pra­cuję. Znaj­duje się na nim jeden z naj­waż­niej­szych dla mnie cyta­tów; bar­dzo prosty:

Jeśli chcesz wię­cej, musisz wię­cej od sie­bie wyma­gać.
 – Phil McGraw

Żadna filo­zo­fia, ale nie pozo­sta­wia­jąca wyjścia.

Nie ważne jak wiele ksią­żek o suk­ce­sie prze­czy­tamy, i tak prę­dzej czy póź­niej więk­szość z nas — niczym bume­rang — wróci do tego krót­kiego zdania.

I jesz­cze raz, na koniec - no pain, no gain, czy, jak rze­kli by przy­ja­ciele znad Dunaju, - aki nem dolgo­zik, ne is egyék.

Idę na trening.

*Wska­zówka: Kołacz – obrzę­dowe pie­czywo pszenne, rodzaj chleba lub placka, daw­niej sto­so­wany w obrzę­dach etnicz­nych Sło­wian. Obec­nie spo­ty­kany jesz­cze na wsiach z oka­zji wesel oraz ważniejszych świąt.

Miniblog na

Dyskusja (10)

  • urde Mate­usz! Podoba mi się! Codzien­nie odwie­dzam wiele blo­gów na temat roz­woju oso­bi­stego i moty­wa­cji, ale dawno nie czy­ta­łem cze­goś tak lek­kiego i przy­jem­nego, a jed­no­cze­śnie dają­cego tak nie­złego kopa w dupę!

    Małe bitwy — świet­nie to opi­sa­łeś. Każda chwila to wybór — sto­isz w miej­scu albo idziesz dalej. Każdy taki mały wybór, to tak naprawdę wielka bitwa!

    P.S. Eks­tra tapetę zro­bi­łeś, pozwo­li­łem już sobie ją uży­czyć ;) Pozdro!

    • Kuba, wiel­kie dzięki za dobre słowo. Nie wiem, czy miało dawać kopa, ale jeśli daje to tym lepiej .

      Czyli w takim razie małe, wiel­kie bitwy — niech tak będzie.

      PS. Na tape­cie tylko cytat wrzu­cony przeze mnie; reszta to dzieło jakie­goś zdol­nego grafika.

      Pozdra­wiam.

  • Nie­zły tekst. Zaj­rza­łem tutaj po raz pierw­szy i pew­nie jesz­cze zaj­rzę nie raz. Czuje się zmo­ty­wo­wany. Tego było mi trzeba, bo nie chciało mi się na siłow­nię iść dzi­siaj (i to nie jest żaden zryw, uczęsz­czam od dłuż­szego czasu). Tak wiec, tak trzymać!

    Pozdra­wiam,
    Marcin

    • Mar­cin, dobrze słyszeć.

      Powiem Ci że mi ten tekst też pomaga z siłow­nią, ale nie żeby był taki dobry, ale dla­tego, że jak już napi­sa­łem to głu­pio by mi było teraz nie ruszyć tyłka jak trzeba ;)

      Dzięki za odwie­dziny.
      3maj się

  • Siema, tak ogól­nie — Mate­usz świetne wpisy (czy­tam już dłuż­szy czas), nie wał­ko­wane te same tematy chyba, że prze­ro­bione z nowym spoj­rze­niem. Dla­czego tylko tak rzadko piszesz ? ;)
    Pozdrawiam

  • Adrian, ser­deczne dzięki za dobre słowo. Moja próż­ność została zaspo­ko­jona na jakiś czas ;)

    Z częst­szym pisa­niem, to mam wra­że­nie, że byłoby to kosz­tem jako­ści, a to chyba nie naj­lep­sze wyj­ście. Ale kie­dyś, może, nie wykluczam…

  • Bar­dzo faj­nie się czyta. A potem dalej nic ze sobą nie robi ;)

    • Mate­usz, i o to cho­dzi — żeby się faj­nie czy­tało, a co z tym zrobisz…to już Twoja sprawa ;)

  • Hej Mate­usz, mam odmienną opi­nię w jed­nym punk­cie. Uwa­żam, że małe bitwy mają zna­cze­nie wła­śnie wtedy, gdy nie mamy sil­nej moty­wa­cji, gdy coś jest wewnętrz­nie nie tak z tym, w jaki spo­sób okre­śli­li­śmy sobie nasz cel. Wtedy musimy naprawdę “zmu­szać się” by wyko­nać kolejny krok.

    Ale jeśli cel jest jasny i w 100% zgodny z nami, jeśli całym sobą czu­jemy, że to jest to czego chcemy i jeśli nie ma w nas niczego, co by w jakiś spo­sób nas blo­ko­wało, to “małe bitwy” nie mają zna­cze­nia, bo w nie wcho­dzimy wtedy z auto­matu. Liczy się po pro­stu silne ukie­run­ko­wa­nie na cel prze­wodni naszych dzia­łań. Jeśli ten cel mamy, to nawet jak danego dnia sobie “odpu­ścimy”, to do celu i tak doj­dziemy. To działa jak nawi­ga­cja w samo­cho­dzie — możesz na chwilę skrę­cić w złym kie­runku (każdy jest prze­cież tylko czło­wie­kiem), ale jeśli cel masz usta­wiony pra­wi­dłowo, to i tak do niego doje­dziesz, co naj­wy­żej tro­chę później…

    Przez “posia­da­nie tego celu” rozu­miem cał­ko­witą wewnętrzną jasność, że tego chcę i w jaki spo­sób to osią­gnę. Piszesz “praw­dziwe zna­cze­nie ma każda ta chwila, kiedy rezy­gnu­jemy z natych­mia­sto­wej przy­jem­no­ści i kom­fortu” — i z tym się zga­dzam w 100%. Z tym, że kiedy taki cel prze­wodni we mnie jest, to z mojego doświad­cze­nia takiej rezy­gna­cji nawet nie odczu­wam jako straty. To jest natu­ralna część decy­zji, którą pod­ją­łem już wcześniej.

    Dla­tego uważam,że lepiej jest mocno się zasta­no­wić, na czym naprawdę nam zależy i za tym podą­żać, niż wyzna­czać sobie cele, przy któ­rych stale trzeba będzie toczyć te “małe bitwy”..

    Tak ja to widzę :-)

    • Domink, bar­dzo cenny punkt widze­nia i dobrze, że ktoś się nie zga­dza. Dziwne by było gdyby wszy­scy myśleli tak samo.

      Masz wiele racji w tym co piszesz. Być może rze­czy­wi­ście jest to kwe­stia tego co jest, a co nie jest tak na prawdę zgodne z nami samymi. Czę­sto wyzna­czamy sobie cele, które nijak się mają do tego co na prawdę powin­ni­śmy robić.

      Jeśli cho­dzi o mnie, to po pro­stu moje leni­stwo spra­wia, że takie małe bitwy się zda­rzają codzien­nie i codzien­nie trzeba się cho­ciaż sta­rać je wygrywać ;)

      Trzy­maj się !

Skomentuj

Poinformuj mnie o nowych komentarzach na e-mail. Możesz także SUBSKRYBOWAĆ ten wpis bez komentowania.

Witaj na 10 Ścieżek

Mateusz StyśCześć !
Z tej strony Mateusz.

Dobrze, że tu jesteś i mam nadzieję, że znaj­dziesz coś dla sie­bie. Ale uwaga… czy­tasz na wła­sną odpo­wie­dzial­ność, gdyż autor cał­ko­wi­cie się od niej uchyla.

Ale skoro już tu jesteś… zagląd­nij na pod­stronę zacznij tutaj.

Teksty prosto z pieca

Socjalizujemy się

Komentujemy