System zdalnego hamowania

Czas

Pierwsze dni nowego roku, a ja już czuję się jak chomik; chomik w tym swoim małym kołowrotku.

A wystarczyła chwila nieuwagi, żeby mały, niepozorny stwór zwany leniem, wkradł się w codzienność i zdążył porządnie namieszać. Sprytny jest skubaniec; wie, że leżenie na kanapie przed telewizorem to byłoby za proste – nie dałbym się nabrać; podchodzi z innej strony – tam gdzie się go nie spodziewam.

Nawyki – czyły punkt. Wystarczy lekko „podpiłować nóżkę” jednemu, a cała reszta posypie się już sama.

Te kilka moich jest jak kręgosłup, który utrzymując codzienne zajęcia w pewnych ramach pozwala przeżywać każdą chwilę jak najbardziej świadomie i… bez pośpiechu.

  • Powolne jedzenie;
  • robienie tylko jednej rzeczy w danym momencie;
  • wyłączanie wszelkich urządzeń na długo przed snem;
  • ograniczenie, prawie do zera, oglądania telewizji;
  • codzienne rytuały takie jak: modlitwa, czytanie czy spokojne parzenie herbaty.

To taki mój mały „system zdalnego hamowania”.

Rytuały, cholera, rytuały…

Ostatnio poczułem, że życie jakby przyśpieszyło. Niby wszystko jak zwykle, tylko codzienność jakość zaczęła uciekać między palcami, a ja jestem dziwnie zestresowany.

Chwila. Stop. Głęboki oddech. Coś jest nie tak.

I walnęło mnie to nagle w twarz, zupełnie jakby ktoś potraktował mnie mokrym ręcznikiem. Rutuały, cholera, ryutały… przecież to takie proste.

W jednej chwili zdałem sobie sprawę, że ostatnio jakoś dziwnie często „towarzyszę” komuś kto ogląda akurat telewizję; że równie często jem w tym czasie; że częściej niż do tej pory sprawdzam skrzynkę mailową; że nie pamiętam już kiedy zaparzyłem liściastą herbatę, bo ta w torebkach przecież jest wygodniejsza; że wieczorna modlitwa stała się znacznie krótsza; że wyłączam komputer zdecydowanie później niż powinienem; że zakładka, w książce którą czytam, jest na tej samej stronie od dobrego tygodnia, i tak dalej…

Dopadł mnie. Nawet się nie zorientowałem, a on mnie dopadł, cwaniak. Ale nie wie z kim zadziera.

Takie drobnostki – kto by się spodziewał. Malutkie ustępstwa, niewielkie kompromisy – wystarczy. Później trudno to zauważyć; w końcu życie toczy się normalnie – od przyjemności do przyjemności. Tak się teraz żyje nieprawdaż?

Stracony czas

Mamy tyle do zrobienia, tyle możliwości, że czas, w którym nie jesteśmy w jakikolwiek sposób stymulowani staje się czasem straconym.

Czekanie aż zaparzy się herbata? jedzenie i oglądanie telewizji osobno, skoro można to zrobić w tym samym czasie? chwila na zwykłą codzienną refleksję? – każdy „porządny” poradnik o zarządzaniu czasem powiem nam, że to strata czasu, i co śmieszniejsze… słusznie.

Według forsowanego w opinii publicznej modelu życia, rzeczywiście to jest strata czasu. Przecież chcemy odnieść sukces, wiedzieć więcej, umieć więcej, mieć więcej. Czas nam jakoś niesprawiedliwie ze startu ograniczono do tych kilkudziesięciu lat, ewentualnie setki, a konkurencja jest nie mała – musimy się spieszyć, musimy być jak ten chomik w swoim kołowrotku.

Ale ja nie chcę być chomikiem i z nadzieją zakładam, że Ty też nie. Dlatego przyjżyj się dzisiaj swoim codziennym nawykom – czy aby jedna z „nóżek” nie jest właśnie podpiłowywana?

Jaki jest Twój „system zdalnego hamowania”? Podziel się nim w komentarzach. Chętnie sobie coś pożyczę…

A może nie masz takiego, który chroniłby Cię przed tym szaleńczym tempem życia? Przydałby się jakiś. Chociaż, tak na dobrą sprawę… może takie tempo niektórym odpowiada?

Jeśli nie jesteś w tej grupie, to…

zatrzymaj się na chwilę,

odpręż i…

znajdź swoje Ciche Miejsce.

Miniblog na

15 komentarzy

  • Ciche miejsce, przyjemna stronka. Moja narzeczona się zapomniała i słuchała z 10 minut tej melodyjki wpatrując się w ekran. :)

    Ja długo walczyłem z leniem, aż w końcu się przemogłem i zacząłem poważnie planować swoje życie. Cele dzienne, tygodniowe, małe nagrody itd. Z tym, ze nie zamierzam planować swojego życia zbyt dokładnie. Nie ustalam godzin rozpoczęcia i zakończenia, pamiętam też o wszystkich innych aspektach życia (ostatnio kuleje trochę ruch i odżywianie, będę nadrabiać).

    Niektórzy mogliby powiedzieć… chomik, ale ja to lubię, i to mi się podoba. Zawsze potrafię do siebie powiedzieć STOP i zająć się czymkolwiek innym niż to co mam w swoim grafiku.I co najważniejsze potrafię docenić to wszystko.

    System planowania sprawił, że życie nie ucieka tak przez palce.

  • Trafne porównanie z tym podpiłowaniem nóżki. Ja zauważyłam, że nawet jeden dzień (choć zazwyczaj wydaje nam się, że jeden dzień to nic) przerwy w praktykowaniu nawyku, to łatwa droga do zaprzestania go w ogóle. Przynajmniej w moim wypadku tak jest.

    Mój system zdalnego hamowania wygląda tak: relaksacja, powolne jedzenie, jakaś inspirująca lektura, a w przerwie tego biegu po kołowrotku jak chomik – ćwiczenia fizyczne.

    Ciche miejsce jest super! 2 dni temu widziałam podobną stronę. Zanurkowałam nawet w historii przeglądarki, ale nie znalazłam.

    Pozdrawiam,
    Magda Bednarczyk

    • Rzeczywiście, trzeba być tu cały czas uważnym. Gdy tego zabraknie, czasem jeden dzień może wystarczyć i później już pójdzie.

      PS. Relaksacja w jakiś konkretny sposób? Próbowałem medytacji, ale chyba jeszcze do tego nie dojrzałem – wszystko przede mną ;) Lubię za to posłuchać jakiegoś relaksującego nagrania od czasu do czasu.

      • Relaksacja Jacobsena, jakieś własne sugestie albo skupianie się na poszczególnych częściach ciała. Polecam na dobry sen (o ile uda się, oczywiście, nie zasnąć po minucie:)

        • Dzięki Magda !

          Właśnie dostałem się w posiadanie nagrań – przydadzą się zwłaszcza, że czeka mnie przymusowy odpoczynek w najbliższym czasie (a myślałem, że będę wiecznie młody i zdrowy ;)

  • Przelałeś to to co ja mam teraz w głowię, też o tym miałem napisać. Leniwy grudzień, święta, sylwester, który trwał prawie tydzień- strasznie się rozregulowałem w ostatnim czasie i od kilkunastu dni wziąłem się za siebie i zaczynam ogarniać wszystko jak należy ;)

    • Wygląda na to, że obydwu nam trzeba było prawie trzech tygodni żeby się trochę ogarnąć ;) Ale, tak na dobrą sprawę, czasami też trzeba umieć trochę odpuścić, a to był dobry czas.

  • Zauważyłam jeszcze (co bardzo dziwne), że im więcej mamy czasu, tym mniej mądrych rzeczy robimy. I to też mocno rozregulowuje.

    • Dlatego właśnie w pewnym momencie doszedłem do wniosku aby zacząć planować swoje cele, dziennie i tygodniowo. Mam rozpisane cele 1-2 letnie ale zaglądam do nich baaardzo rzadko.

  • Hej,

    fajna nazwa – system zdalnego hamowania… Mój mały system to m.in. czytanie takich wpisów. Ostatnio wrzuciłem u siebie listę blogów, które czytam – wyszło tego w sumie ponad 20 stron. 20 stron, na których ludzie regularnie umieszczają rozbudowane, wartościowe treści. W biegu bym tego nie ogarnął, poza tym każdy artykuł staram się nie konsumować, a autentycznie coś z niego brać do swojego życia.

    Dlatego poświęcam kilkadziesiąt minut raz, dwa razy w tygodniu aby po prostu poczytać, co inni mają do powiedzenia. Nie odpalam żadnych innych stron, obok mnie (jak i teraz) stoi zielona herbatka i zwyczajnie oddaję się lekturze… No i czasem komentowaniu ;)

    Bardzo lubię też z innymi rozmawiać. Tak po prostu, o życiu, o tym co akurat przyjdzie na myśl. Pamiętam jeden swój związek… z dziewczyną rzadko kiedy tak naprawdę rozmawialiśmy. Taaa, były plotki, ploteczki, co tam u znajomych, newsy ze świata, opinie na ich temat… ale nie było rozmów dla samej rozmowy – z wyłączonym telewizorem, przy butelce wina i świeczkach. Lub nawet i bez tych dodatków – po prostu leżeć i gadać.

    A ciche miejsce – wrzuciłem sobie w zakładki. Z pewnością będę je częściej odwiedzać, więc dzięki za link!

    Pozdrawiam,
    Bartosz Jezierski

    • Poruszyłeś ważną kwestię Bartosz. To jest dokładnie coś na co zwracam uwagę ostatnio. Zacząłem konsumować blogi, teksty, wiedzę w przerażającym tempie. To było – i bywa – raczej skanowanie niż czytanie. Przeskakiwanie z jednego tekstu na drugi, nie kończenie czytania – coś na czym łapie się co chwilę. Pracuję nad tym ;)

      Odnośnie relacji to myślę, że w każdym związku powinien być taki czas dla siebie. Powiedzmy jeden dzień w tygodniu bez telewizji, internetu i tym podobnych spraw. Po prostu wyłączyć wszystko, bez pośpiechu, bez rozpraszaczy – rozmawiać i cieszyć się sobą. Zdecydowanie popieram !

      Dzięki !

      PS. Nie wiem czemu twój komentarz wpadł w spam i dopiero teraz to zauważyłem.

  • ;) świetny wpis
    W swoim prywatnym slangu nazywam to „syndromem chomika” ;) znany z autopsji i przerabiany na własnej skórze;) dużo by o tym pisać (a formuła komentarza jest za krótka, więc nie będę spłycać tematu), bowiem rzecz nie dotyczy tylko nawyków… syndrom chomika ma jeszcze inne oblicze… ale obiecuję wrzucić coś w tym temacie u siebie w nadchodzącym tygodniu;) Natomiast teraz dwa przykłady:
    Nawyki to w sumie pożyteczna rzecz. Bez nawyków, każdego ranka po przebudzeniu człowiek musiałby od nowa uczyć się chodzić, mówić, jeść, wykonywać rożne inne rzeczy. W Gruncie rzeczy życie człowieka jest summą jego nawyków. Nawykiem jest także określony sposób postrzegania rzeczywistości i myślenia.

    Podobnie jak Ty pijam herbatę… 2 do 5 razy w tygodniu. Najbardziej lubię czerwoną, potem czarną, potem zieloną… nie cierpię herbaty w torebkach. Kiedyś nalałem sobie wody do czajnika. Ale nie wiedziałem ile jej nalałem. Postawiłem na palniku, największym, na full gaz. Wziąłem kubek, łyżeczkę, nabrałem nią czerwonej herbaty i wsypałem do kubka. I czekam. Ale to czekanie zaczęło mnie wkurzać, irytować… zastanawiałem się dlaczego to tak długo trwa. Przecież nalałem tylko trochę wody i postawiłem na największym gazie, więc powinna się migiem zagotować. W końcu gwizd czajnika. Nareszcie! pomyślałem, wyłączając gaz i zdejmując czajnik by zalać herbatę. Zalałem. Odkładając czajnik zauważyłem, że jest w nim jeszcze sporo wody. Starczyłoby co najmniej na jeszcze 3-4 kubki herbaty. Herbata się zaparzyła. Miała ciemny, prawie czarny kolor i smakowała ohydnie. Pomyślałem sobie wówczas, że już nawet tak prosta czynność jak parzenie i picie herbaty, jest wstrętne i nie sprawia mi przyjemności. Więc na jakiś czas porzuciłem picie herbaty. Ale cóż, nawyki mają to do siebie, że wracają jak bumerang, nim się człowiek obejrzy. Więc po niedługim czasie wróciłem do picia herbaty. Zapamiętałem przede wszystkim ten ohydny czarny niemal kolor i smak. Tym razem postanowiłem jednak coś zmienić. Zacząłem sypać mniej herbaty. Powoli, stopniowo, aż doszedłem do do momentu, kiedy nabierałem herbaty na czubek łyżeczki. Było dobrze. Ale nadal mi czegoś brakowało… tej esencji przyjemności i czerpania radości z tego. Czekając aż zagotuje się woda, myślałem o różnych rzeczach, głównie o tym co będę robić po wypiciu herbaty. To myślenie kontynuowało się także w trakcie picia herbaty, a czekanie na zgotowanie się wody w czajniku, było czasami dla mnie wiecznością, zważywszy na fakt, że miałem co innego do roboty… ważniejszego, pilniejszego! Aż, któregoś dnia mnie oświeciło i uzmysłowiłem sobie, że za każdym razem, kiedy chcę napić się herbaty, stawiam na gazie za dużo wody, dlatego, to tyle trwa. Następnym razem, zamiast czajnika wziąłem, metalowy garnuszek o poj. 0,4 l. swój kubek o poj. 0,25 l i tak odmierzoną ilość zagotowałem. Trwało krócej, i przez jakiś czas było ok, ale i tak miałem poczucie, że czegoś w tej bajce brakuje. Z nudów czekając na zagotowanie się wody, zacząłem rozkruszać łyżeczką listki herbaty w kubku. To zajęcie okazało się dla mnie tak fascynujące, wciągające, przyjemne, że spodobało mi się. Co najbardziej? Aromat herbaty, który uwalniał się w trakcie rozkruszania liści. Woda dziwnym trafem jakoś dla mnie tamtego dnia zagotowała się za szybko, ponieważ niewiele listków zdążyłem rozkruszyć. Postanowiłem więc zmodyfikować swoją procedurę parzenia herbaty. Zamiast sypać czubkiem łyżeczki, zacząłem ją sypać płaską końcówką łyżeczki. Zmieści się niewiele, i na początku było to nie lada wyzwanie dla mnie. Musiałem opanować tę sztukę. Bez pośpiechu, gwałtownych ruchów, spokojnie, powoli… dwa sypnięcia… minimalna ilość herbaty na dnie kubka… Pamiętam za pierwszym razem zastanawiałem się czy to w ogóle się zaparzy i czy wyjdzie z tego herbata. Ustawiłem też garnuszek z wodą na najmniejszym palniku i najmniejszym gazie, tak aby mieć jak najwięcej czasu na rozkruszenie herbaty. Końcem łyżeczki rozkruszyłem liście niemal na pył. A to nie lada sztuka! Przez pierwszych kilka parzeń herbaty bolała mnie ręka i co chwila musiałem odpoczywać, ale udało się. Woda zagotowała się. Wyłączyłem gaz, odczekałem chwilę, i bez pośpiechu powoli zacząłem wlewać gorącą wodę do kubka. Fascynujące zjawisko jak nagle ten pył zaczął unosić się do góry pod wpływem ruchu wody, która przybierała piękny ciemnoczerwony odcień. Czekałem aż to wszystko uspokoi się i ten herbaciany pył opadnie na dno kubka. Teraz herbata była gotowa do picia. Smak, kolor, aromat wyborne… wręcz nie do opisania! Tu czekała na mnie kolejna niespodzianka. Tak zaparzoną herbatę (kiedy listki zostają rozkruszone na pył) należało pić w zupełnie inny sposób niż dotychczas. Powoli, bez pośpiechu, małymi łyczkami, wolno podnosząc i odkładając kubek. Dlaczego? Każdy gwałtowniejszy lub zbyt szybki ruch kubkiem powodował, że ten pył zaczynał natychmiast się unosić. Któregoś dnia pijąc taką herbatę, stwierdziłem, że to jest właśnie to, czego szukałem! Przyjemność z czynności, nawyku, oraz piękno jej prostoty.

    ta rzecz pozwoliła mi zrozumieć jedno: kiedy w trakcie wykonywania czegokolwiek, myślę o czymś innym, wówczas automatycznie zaczyna się u mnie pośpiech. Kiedy skupiam się na tym co robię w danej chwili, życie zwalnia swój bieg a ja zaczynam czerpać z niego radość i przyjemność. Potem zacząłem przenosić to na inne rzeczy: np zmywanie naczyń, sprzątanie, pisanie, chodzenie itd itd… i trwa to do dziś;)

    Drugi przykład jest propozycją dla Ciebie Mateusz;) do przemyślenia oczywiście;) napisałeś o codziennym rytuale modlitwy. To bardzo osobisty i intymny rytuał, rodzaj kontaktu z samym sobą, ale nie tylko. Bardzo często jest tak, że jeśli jakiś rytuał/nawyk nie sprawia nam satysfakcji, nie czerpiemy z niego radości i przyjemności, wówczas poszukujemy czegoś innego, co sprawia, że odchodzimy od zamierzonego/zaplanowanego nawyku. I dzieje się to w taki właśnie niezauważalny sposób, małymi kroczkami, tak jak to opisałeś. Nawyk/rytuał ma do sobie, że im przyjemniejszy, tym szybciej się utrwala, tym więcej człowiek czerpie z niego radości i przyjemności. Ludzie mają różne sposoby modlenia się. Modlitwa to rytuał, ma więc swoje pewne elementy, różne, mniej lub bardziej rozbudowane. Chrześcijanie np. klęczą i składają dłonie, muzułmanie rozwijają swój dywanik, zdejmują buty, obracają się twarzą w stronę Mekki, buddyści np siedzą w pozycji lotosu, mistrzowie zen medytują na specjalnej poduszce… O co chodzi? Ano o to aby ten nawyk miał swoistego rodzaju aurę, atmosferę wyjątkowości a zarazem przyjemności. To można osiągnąć poprzez dobór właśnie pewnych elementów: specjalna mata lub dywanik przeznaczony do tego celu, kadzidełko, zapalone na tę okoliczność, specjalny strój lub nakrycie głowy na tę okazję, lub zwyczajnie i prosto… zapalona świeca (płomień świecy pozwala się bardzo łatwo skupić, natomiast jej światło daje niezwykle przyjemny, ciepły blask). Umysł jest twórczy, więc nie ma ograniczeń. To co istotne przy kształtowaniu i utrwalaniu takiego nawyku, to wybrać coś co kojarzy się z modlitwą, wywołuje w Tobie pozytywne odczucia, i będzie przeznaczone tylko do tego… Twórczy umysł nie zna granic;) a Ty decydujesz, więc poszukaj czegoś co najlepiej koresponduje z ideą rytuału Twojej modlitwy a zarazem Ciebie samego;)

  • Robert, wielkie dzięki za ten komentarz !

    Piękne przygody z herbatą tu opisujesz. To jest dokładnie to – czekasz aż zagotuje się woda i myślisz już co masz zaraz zrobić, zaczynasz się spieszyć, jest to pewien rodzaj nieustannego, podskórnego napięcia. Ale gdy skupiasz się na jakimś rytuale, gdy jesteś w tej danej chwili w pełni, to na przykład parzenie tej herbaty staje się niezwykłą przyjemnością.

    Moim tutaj faworytem jest yerba mate, której przygotowanie wymaga i pewnej wiedzy, i odpowiednich „narzędzi” i sporej ilości czasu, a do tego takie małe niuanse jak stopniowe zalewanie, pierwszy łyk dla św. Tomasza i tym podobne – cały rytuał to świetna sprawa.

    Bardzo spodobał mi się motyw ze święcą – zdecydowanie przetestuję !

    Dzięki !

Skomentuj

Witaj na 10 Ścieżek

Cześć !
Z tej strony Mateusz. Dobrze, że tu jesteś i mam nadzieję, że znajdziesz coś dla siebie. Ale uwaga... czytasz na własną odpowiedzialność, gdyż autor całkowicie się od niej uchyla. Ale skoro już tu jesteś... zaglądnij na podstronę zacznij tutaj.

Teksty prosto z pieca

Socjalizujemy się