System zdalnego hamowania

Czas

fot.http://flickr.com/photos/renneville/

Pierw­sze dni nowego roku, a ja już czuję się jak cho­mik; cho­mik w tym swoim małym kołowrotku.

A wystar­czyła chwila nie­uwagi, żeby mały, nie­po­zorny stwór zwany leniem, wkradł się w codzien­ność i zdą­żył porząd­nie namie­szać. Sprytny jest sku­ba­niec; wie, że leże­nie na kana­pie przed tele­wi­zo­rem to byłoby za pro­ste — nie dał­bym się nabrać; pod­cho­dzi z innej strony — tam gdzie się go nie spodziewam.

Nawyki — czyły punkt. Wystar­czy lekko “pod­pi­ło­wać nóżkę” jed­nemu, a cała reszta posy­pie się już sama.

Te kilka moich jest jak krę­go­słup, który utrzy­mu­jąc codzienne zaję­cia w pew­nych ramach pozwala prze­ży­wać każdą chwilę jak naj­bar­dziej świa­do­mie i… bez pośpiechu.

  • Powolne jedze­nie;
  • robie­nie tylko jed­nej rze­czy w danym momencie;
  • wyłą­cza­nie wszel­kich urzą­dzeń na długo przed snem;
  • ogra­ni­cze­nie, pra­wie do zera, oglą­da­nia telewizji;
  • codzienne rytu­ały takie jak: modli­twa, czy­ta­nie czy spo­kojne parze­nie herbaty.

To taki mój mały “sys­tem zdal­nego hamowania”.

Rytu­ały, cho­lera, rytuały…

Ostat­nio poczu­łem, że życie jakby przy­śpie­szyło. Niby wszystko jak zwy­kle, tylko codzien­ność jakość zaczęła ucie­kać mię­dzy pal­cami, a ja jestem dziw­nie zestresowany.

Chwila. Stop. Głę­boki oddech. Coś jest nie tak.

I wal­nęło mnie to nagle w twarz, zupeł­nie jakby ktoś potrak­to­wał mnie mokrym ręcz­ni­kiem. Rutu­ały, cho­lera, ryutały… prze­cież to takie proste.

W jed­nej chwili zda­łem sobie sprawę, że ostat­nio jakoś dziw­nie czę­sto “towa­rzy­szę” komuś kto ogląda aku­rat tele­wi­zję; że rów­nie czę­sto jem w tym cza­sie; że czę­ściej niż do tej pory spraw­dzam skrzynkę mailową; że nie pamię­tam już kiedy zapa­rzy­łem liścia­stą her­batę, bo ta w toreb­kach prze­cież jest wygod­niej­sza; że wie­czorna modli­twa stała się znacz­nie krót­sza; że wyłą­czam kom­pu­ter zde­cy­do­wa­nie póź­niej niż powi­nie­nem; że zakładka, w książce którą czy­tam, jest na tej samej stro­nie od dobrego tygo­dnia, i tak dalej…

Dopadł mnie. Nawet się nie zorien­to­wa­łem, a on mnie dopadł, cwa­niak. Ale nie wie z kim zadziera.

Takie drob­nostki — kto by się spo­dzie­wał. Malut­kie ustęp­stwa, nie­wiel­kie kom­pro­misy — wystar­czy. Póź­niej trudno to zauwa­żyć; w końcu życie toczy się nor­mal­nie — od przy­jem­no­ści do przy­jem­no­ści. Tak się teraz żyje nieprawdaż?

Stra­cony czas

Mamy tyle do zro­bie­nia, tyle moż­li­wo­ści, że czas, w któ­rym nie jeste­śmy w jaki­kol­wiek spo­sób sty­mu­lo­wani staje się cza­sem straconym.

Cze­ka­nie aż zapa­rzy się her­bata? jedze­nie i oglą­da­nie tele­wi­zji osobno, skoro można to zro­bić w tym samym cza­sie? chwila na zwy­kłą codzienną refleksję? — każdy “porządny” porad­nik o zarzą­dza­niu cza­sem powiem nam, że to strata czasu, i co śmiesz­niej­sze… słusznie.

Według for­so­wa­nego w opi­nii publicz­nej modelu życia, rze­czy­wi­ście to jest strata czasu. Prze­cież chcemy odnieść suk­ces, wie­dzieć wię­cej, umieć wię­cej, mieć wię­cej. Czas nam jakoś nie­spra­wie­dli­wie ze startu ogra­ni­czono do tych kil­ku­dzie­się­ciu lat, ewen­tu­al­nie setki, a kon­ku­ren­cja jest nie mała — musimy się spie­szyć, musimy być jak ten cho­mik w swoim kołowrotku.

Ale ja nie chcę być cho­mi­kiem i z nadzieją zakła­dam, że Ty też nie. Dla­tego przyj­żyj się dzi­siaj swoim codzien­nym nawy­kom — czy aby jedna z “nóżek” nie jest wła­śnie podpiłowywana?

Jaki jest Twój “sys­tem zdal­nego hamo­wa­nia”? Podziel się nim w komen­ta­rzach. Chęt­nie sobie coś pożyczę…

A może nie masz takiego, który chro­niłby Cię przed tym sza­leń­czym tem­pem życia? Przy­dałby się jakiś. Cho­ciaż, tak na dobrą sprawę… może takie tempo nie­któ­rym odpowiada?

Jeśli nie jesteś w tej gru­pie, to…

zatrzy­maj się na chwilę,

odpręż i…

znajdź swoje Ciche Miej­sce.

Miniblog na

Dyskusja (15)

  • Ciche miej­sce, przy­jemna stronka. Moja narze­czona się zapo­mniała i słu­chała z 10 minut tej melo­dyjki wpa­tru­jąc się w ekran. :)

    Ja długo wal­czy­łem z leniem, aż w końcu się prze­mo­głem i zaczą­łem poważ­nie pla­no­wać swoje życie. Cele dzienne, tygo­dniowe, małe nagrody itd. Z tym, ze nie zamie­rzam pla­no­wać swo­jego życia zbyt dokład­nie. Nie usta­lam godzin roz­po­czę­cia i zakoń­cze­nia, pamię­tam też o wszyst­kich innych aspek­tach życia (ostat­nio kuleje tro­chę ruch i odży­wia­nie, będę nadrabiać).

    Nie­któ­rzy mogliby powie­dzieć… cho­mik, ale ja to lubię, i to mi się podoba. Zawsze potra­fię do sie­bie powie­dzieć STOP i zająć się czym­kol­wiek innym niż to co mam w swoim grafiku.I co naj­waż­niej­sze potra­fię doce­nić to wszystko.

    Sys­tem pla­no­wa­nia spra­wił, że życie nie ucieka tak przez palce.

    • Miko­łaj, i wła­śnie o to cho­dzi — brawa dla narzeczonej ;)

  • Trafne porów­na­nie z tym pod­pi­ło­wa­niem nóżki. Ja zauwa­ży­łam, że nawet jeden dzień (choć zazwy­czaj wydaje nam się, że jeden dzień to nic) prze­rwy w prak­ty­ko­wa­niu nawyku, to łatwa droga do zaprze­sta­nia go w ogóle. Przy­naj­mniej w moim wypadku tak jest.

    Mój sys­tem zdal­nego hamo­wa­nia wygląda tak: relak­sa­cja, powolne jedze­nie, jakaś inspi­ru­jąca lek­tura, a w prze­rwie tego biegu po koło­wrotku jak cho­mik — ćwicze­nia fizyczne.

    Ciche miej­sce jest super! 2 dni temu widzia­łam podobną stronę. Zanur­ko­wa­łam nawet w histo­rii prze­glą­darki, ale nie znalazłam.

    Pozdra­wiam,
    Magda Bednarczyk

    • Rze­czy­wi­ście, trzeba być tu cały czas uważ­nym. Gdy tego zabrak­nie, cza­sem jeden dzień może wystar­czyć i póź­niej już pójdzie.

      PS. Relak­sa­cja w jakiś kon­kretny spo­sób? Pró­bo­wa­łem medy­ta­cji, ale chyba jesz­cze do tego nie doj­rza­łem — wszystko przede mną ;) Lubię za to posłu­chać jakie­goś relak­su­ją­cego nagra­nia od czasu do czasu.

      • Relak­sa­cja Jacob­sena, jakieś wła­sne suge­stie albo sku­pia­nie się na poszcze­gól­nych czę­ściach ciała. Pole­cam na dobry sen (o ile uda się, oczy­wi­ście, nie zasnąć po minucie:)

        • Dzięki Magda !

          Wła­śnie dosta­łem się w posia­da­nie nagrań — przy­da­dzą się zwłasz­cza, że czeka mnie przy­mu­sowy odpo­czy­nek w naj­bliż­szym cza­sie (a myśla­łem, że będę wiecz­nie młody i zdrowy ;)

  • Prze­la­łeś to to co ja mam teraz w gło­wię, też o tym mia­łem napi­sać. Leniwy gru­dzień, święta, syl­we­ster, który trwał pra­wie tydzień– strasz­nie się roz­re­gu­lo­wa­łem w ostat­nim cza­sie i od kil­ku­na­stu dni wzią­łem się za sie­bie i zaczy­nam ogar­niać wszystko jak należy ;)

    • Wygląda na to, że oby­dwu nam trzeba było pra­wie trzech tygo­dni żeby się tro­chę ogar­nąć ;) Ale, tak na dobrą sprawę, cza­sami też trzeba umieć tro­chę odpu­ścić, a to był dobry czas.

  • Zauwa­ży­łam jesz­cze (co bar­dzo dziwne), że im wię­cej mamy czasu, tym mniej mądrych rze­czy robimy. I to też mocno rozregulowuje.

    • Dla­tego wła­śnie w pew­nym momen­cie dosze­dłem do wnio­sku aby zacząć pla­no­wać swoje cele, dzien­nie i tygo­dniowo. Mam roz­pi­sane cele 1 – 2 let­nie ale zaglą­dam do nich baaar­dzo rzadko.

  • Hej,

    fajna nazwa — sys­tem zdal­nego hamo­wa­nia… Mój mały sys­tem to m.in. czy­ta­nie takich wpi­sów. Ostat­nio wrzu­ci­łem u sie­bie listę blo­gów, które czy­tam — wyszło tego w sumie ponad 20 stron. 20 stron, na któ­rych ludzie regu­lar­nie umiesz­czają roz­bu­do­wane, war­to­ściowe tre­ści. W biegu bym tego nie ogar­nął, poza tym każdy arty­kuł sta­ram się nie kon­su­mo­wać, a auten­tycz­nie coś z niego brać do swo­jego życia.

    Dla­tego poświę­cam kil­ka­dzie­siąt minut raz, dwa razy w tygo­dniu aby po pro­stu poczy­tać, co inni mają do powie­dze­nia. Nie odpa­lam żadnych innych stron, obok mnie (jak i teraz) stoi zie­lona her­batka i zwy­czaj­nie oddaję się lek­tu­rze… No i cza­sem komentowaniu ;)

    Bar­dzo lubię też z innymi roz­ma­wiać. Tak po pro­stu, o życiu, o tym co aku­rat przyj­dzie na myśl. Pamię­tam jeden swój zwią­zek… z dziew­czyną rzadko kiedy tak naprawdę roz­ma­wia­li­śmy. Taaa, były plotki, plo­teczki, co tam u zna­jo­mych, newsy ze świata, opi­nie na ich temat… ale nie było roz­mów dla samej roz­mowy — z wyłą­czo­nym tele­wi­zo­rem, przy butelce wina i świecz­kach. Lub nawet i bez tych dodat­ków — po pro­stu leżeć i gadać.

    A ciche miej­sce — wrzu­ci­łem sobie w zakładki. Z pew­no­ścią będę je czę­ściej odwie­dzać, więc dzięki za link!

    Pozdra­wiam,
    Bar­tosz Jezierski

    • Poru­szy­łeś ważną kwe­stię Bar­tosz. To jest dokład­nie coś na co zwra­cam uwagę ostat­nio. Zaczą­łem kon­su­mo­wać blogi, tek­sty, wie­dzę w prze­ra­ża­ją­cym tem­pie. To było — i bywa — raczej ska­no­wa­nie niż czy­ta­nie. Prze­ska­ki­wa­nie z jed­nego tek­stu na drugi, nie koń­cze­nie czy­ta­nia — coś na czym łapie się co chwilę. Pra­cuję nad tym ;)

      Odno­śnie rela­cji to myślę, że w każ­dym związku powi­nien być taki czas dla sie­bie. Powiedzmy jeden dzień w tygo­dniu bez tele­wi­zji, inter­netu i tym podob­nych spraw. Po pro­stu wyłą­czyć wszystko, bez pośpie­chu, bez roz­pra­sza­czy — roz­ma­wiać i cie­szyć się sobą. Zde­cy­do­wa­nie popieram !

      Dzięki !

      PS. Nie wiem czemu twój komen­tarz wpadł w spam i dopiero teraz to zauważyłem.

  • ;) świetny wpis
    W swoim pry­wat­nym slangu nazy­wam to “syn­dro­mem cho­mika” ;) znany z autop­sji i prze­ra­biany na wła­snej skó­rze;) dużo by o tym pisać (a for­muła komen­ta­rza jest za krótka, więc nie będę spły­cać tematu), bowiem rzecz nie doty­czy tylko nawy­ków… syn­drom cho­mika ma jesz­cze inne obli­cze… ale obie­cuję wrzu­cić coś w tym tema­cie u sie­bie w nad­cho­dzą­cym tygo­dniu;) Nato­miast teraz dwa przy­kłady:
    Nawyki to w sumie poży­teczna rzecz. Bez nawy­ków, każ­dego ranka po prze­bu­dze­niu czło­wiek musiałby od nowa uczyć się cho­dzić, mówić, jeść, wyko­ny­wać rożne inne rze­czy. W Grun­cie rze­czy życie czło­wieka jest summą jego nawy­ków. Nawy­kiem jest także okre­ślony spo­sób postrze­ga­nia rze­czy­wi­sto­ści i myślenia.

    Podob­nie jak Ty pijam her­batę… 2 do 5 razy w tygo­dniu. Naj­bar­dziej lubię czer­woną, potem czarną, potem zie­loną… nie cier­pię her­baty w toreb­kach. Kie­dyś nala­łem sobie wody do czaj­nika. Ale nie wie­dzia­łem ile jej nala­łem. Posta­wi­łem na pal­niku, naj­więk­szym, na full gaz. Wzią­łem kubek, łyżeczkę, nabra­łem nią czer­wo­nej her­baty i wsy­pa­łem do kubka. I cze­kam. Ale to cze­ka­nie zaczęło mnie wku­rzać, iry­to­wać… zasta­na­wia­łem się dla­czego to tak długo trwa. Prze­cież nala­łem tylko tro­chę wody i posta­wi­łem na naj­więk­szym gazie, więc powinna się migiem zago­to­wać. W końcu gwizd czaj­nika. Naresz­cie! pomy­śla­łem, wyłą­cza­jąc gaz i zdej­mu­jąc czaj­nik by zalać her­batę. Zala­łem. Odkła­da­jąc czaj­nik zauwa­ży­łem, że jest w nim jesz­cze sporo wody. Star­czy­łoby co naj­mniej na jesz­cze 3 – 4 kubki her­baty. Her­bata się zapa­rzyła. Miała ciemny, pra­wie czarny kolor i sma­ko­wała ohyd­nie. Pomy­śla­łem sobie wów­czas, że już nawet tak pro­sta czyn­ność jak parze­nie i picie her­baty, jest wstrętne i nie spra­wia mi przy­jem­no­ści. Więc na jakiś czas porzu­ci­łem picie her­baty. Ale cóż, nawyki mają to do sie­bie, że wra­cają jak bume­rang, nim się czło­wiek obej­rzy. Więc po nie­dłu­gim cza­sie wró­ci­łem do picia her­baty. Zapa­mię­ta­łem przede wszyst­kim ten ohydny czarny nie­mal kolor i smak. Tym razem posta­no­wi­łem jed­nak coś zmie­nić. Zaczą­łem sypać mniej her­baty. Powoli, stop­niowo, aż dosze­dłem do do momentu, kiedy nabie­ra­łem her­baty na czu­bek łyżeczki. Było dobrze. Ale nadal mi cze­goś bra­ko­wało… tej esen­cji przy­jem­no­ści i czer­pa­nia rado­ści z tego. Cze­ka­jąc aż zago­tuje się woda, myśla­łem o róż­nych rze­czach, głów­nie o tym co będę robić po wypi­ciu her­baty. To myśle­nie kon­ty­nu­owało się także w trak­cie picia her­baty, a cze­ka­nie na zgo­to­wa­nie się wody w czaj­niku, było cza­sami dla mnie wiecz­no­ścią, zwa­żyw­szy na fakt, że mia­łem co innego do roboty… waż­niej­szego, pil­niej­szego! Aż, któ­re­goś dnia mnie oświe­ciło i uzmy­sło­wi­łem sobie, że za każ­dym razem, kiedy chcę napić się her­baty, sta­wiam na gazie za dużo wody, dla­tego, to tyle trwa. Następ­nym razem, zamiast czaj­nika wzią­łem, meta­lowy gar­nu­szek o poj. 0,4 l. swój kubek o poj. 0,25 l i tak odmie­rzoną ilość zago­to­wa­łem. Trwało kró­cej, i przez jakiś czas było ok, ale i tak mia­łem poczu­cie, że cze­goś w tej bajce bra­kuje. Z nudów cze­ka­jąc na zago­to­wa­nie się wody, zaczą­łem roz­kru­szać łyżeczką listki her­baty w kubku. To zaję­cie oka­zało się dla mnie tak fascy­nu­jące, wcią­ga­jące, przy­jemne, że spodo­bało mi się. Co naj­bar­dziej? Aro­mat her­baty, który uwal­niał się w trak­cie roz­kru­sza­nia liści. Woda dziw­nym tra­fem jakoś dla mnie tam­tego dnia zago­to­wała się za szybko, ponie­waż nie­wiele list­ków zdą­ży­łem roz­kru­szyć. Posta­no­wi­łem więc zmo­dy­fi­ko­wać swoją pro­ce­durę parze­nia her­baty. Zamiast sypać czub­kiem łyżeczki, zaczą­łem ją sypać pła­ską koń­cówką łyżeczki. Zmie­ści się nie­wiele, i na początku było to nie lada wyzwa­nie dla mnie. Musia­łem opa­no­wać tę sztukę. Bez pośpie­chu, gwał­tow­nych ruchów, spo­koj­nie, powoli… dwa syp­nię­cia… mini­malna ilość her­baty na dnie kubka… Pamię­tam za pierw­szym razem zasta­na­wia­łem się czy to w ogóle się zapa­rzy i czy wyj­dzie z tego her­bata. Usta­wi­łem też gar­nu­szek z wodą na naj­mniej­szym pal­niku i naj­mniej­szym gazie, tak aby mieć jak naj­wię­cej czasu na roz­kru­sze­nie her­baty. Koń­cem łyżeczki roz­kru­szy­łem liście nie­mal na pył. A to nie lada sztuka! Przez pierw­szych kilka parzeń her­baty bolała mnie ręka i co chwila musia­łem odpo­czy­wać, ale udało się. Woda zago­to­wała się. Wyłą­czy­łem gaz, odcze­ka­łem chwilę, i bez pośpie­chu powoli zaczą­łem wle­wać gorącą wodę do kubka. Fascy­nu­jące zja­wi­sko jak nagle ten pył zaczął uno­sić się do góry pod wpły­wem ruchu wody, która przy­bie­rała piękny ciem­no­czer­wony odcień. Cze­ka­łem aż to wszystko uspo­koi się i ten her­ba­ciany pył opad­nie na dno kubka. Teraz her­bata była gotowa do picia. Smak, kolor, aro­mat wyborne… wręcz nie do opi­sa­nia! Tu cze­kała na mnie kolejna nie­spo­dzianka. Tak zapa­rzoną her­batę (kiedy listki zostają roz­kru­szone na pył) nale­żało pić w zupeł­nie inny spo­sób niż dotych­czas. Powoli, bez pośpie­chu, małymi łycz­kami, wolno pod­no­sząc i odkła­da­jąc kubek. Dla­czego? Każdy gwał­tow­niej­szy lub zbyt szybki ruch kub­kiem powo­do­wał, że ten pył zaczy­nał natych­miast się uno­sić. Któ­re­goś dnia pijąc taką her­batę, stwier­dzi­łem, że to jest wła­śnie to, czego szu­ka­łem! Przy­jem­ność z czyn­no­ści, nawyku, oraz piękno jej prostoty.

    ta rzecz pozwo­liła mi zro­zu­mieć jedno: kiedy w trak­cie wyko­ny­wa­nia cze­go­kol­wiek, myślę o czymś innym, wów­czas auto­ma­tycz­nie zaczyna się u mnie pośpiech. Kiedy sku­piam się na tym co robię w danej chwili, życie zwal­nia swój bieg a ja zaczy­nam czer­pać z niego radość i przy­jem­ność. Potem zaczą­łem prze­no­sić to na inne rze­czy: np zmy­wa­nie naczyń, sprzą­ta­nie, pisa­nie, cho­dze­nie itd itd… i trwa to do dziś;)

    Drugi przy­kład jest pro­po­zy­cją dla Cie­bie Mate­usz;) do prze­my­śle­nia oczy­wi­ście;) napi­sa­łeś o codzien­nym rytu­ale modli­twy. To bar­dzo oso­bi­sty i intymny rytuał, rodzaj kon­taktu z samym sobą, ale nie tylko. Bar­dzo czę­sto jest tak, że jeśli jakiś rytuał/​nawyk nie spra­wia nam satys­fak­cji, nie czer­piemy z niego rado­ści i przy­jem­no­ści, wów­czas poszu­ku­jemy cze­goś innego, co spra­wia, że odcho­dzimy od zamierzonego/​zaplanowanego nawyku. I dzieje się to w taki wła­śnie nie­zau­wa­żalny spo­sób, małymi krocz­kami, tak jak to opi­sa­łeś. Nawyk/​rytuał ma do sobie, że im przy­jem­niej­szy, tym szyb­ciej się utrwala, tym wię­cej czło­wiek czer­pie z niego rado­ści i przy­jem­no­ści. Ludzie mają różne spo­soby modle­nia się. Modli­twa to rytuał, ma więc swoje pewne ele­menty, różne, mniej lub bar­dziej roz­bu­do­wane. Chrze­ści­ja­nie np. klę­czą i skła­dają dło­nie, muzuł­ma­nie roz­wi­jają swój dywa­nik, zdej­mują buty, obra­cają się twa­rzą w stronę Mekki, bud­dy­ści np sie­dzą w pozy­cji lotosu, mistrzo­wie zen medy­tują na spe­cjal­nej poduszce… O co cho­dzi? Ano o to aby ten nawyk miał swo­istego rodzaju aurę, atmos­ferę wyjąt­ko­wo­ści a zara­zem przy­jem­no­ści. To można osią­gnąć poprzez dobór wła­śnie pew­nych ele­men­tów: spe­cjalna mata lub dywa­nik prze­zna­czony do tego celu, kadzi­dełko, zapa­lone na tę oko­licz­ność, spe­cjalny strój lub nakry­cie głowy na tę oka­zję, lub zwy­czaj­nie i pro­sto… zapa­lona świeca (pło­mień świecy pozwala się bar­dzo łatwo sku­pić, nato­miast jej świa­tło daje nie­zwy­kle przy­jemny, cie­pły blask). Umysł jest twór­czy, więc nie ma ogra­ni­czeń. To co istotne przy kształ­to­wa­niu i utrwa­la­niu takiego nawyku, to wybrać coś co koja­rzy się z modli­twą, wywo­łuje w Tobie pozy­tywne odczu­cia, i będzie prze­zna­czone tylko do tego… Twór­czy umysł nie zna gra­nic;) a Ty decy­du­jesz, więc poszu­kaj cze­goś co naj­le­piej kore­spon­duje z ideą rytu­ału Two­jej modli­twy a zara­zem Cie­bie samego;)

  • Robert, wiel­kie dzięki za ten komentarz !

    Piękne przy­gody z her­batą tu opi­su­jesz. To jest dokład­nie to — cze­kasz aż zago­tuje się woda i myślisz już co masz zaraz zro­bić, zaczy­nasz się spie­szyć, jest to pewien rodzaj nie­ustan­nego, pod­skór­nego napię­cia. Ale gdy sku­piasz się na jakimś rytu­ale, gdy jesteś w tej danej chwili w pełni, to na przy­kład parze­nie tej her­baty staje się nie­zwy­kłą przyjemnością.

    Moim tutaj fawo­ry­tem jest yerba mate, któ­rej przy­go­to­wa­nie wymaga i pew­nej wie­dzy, i odpo­wied­nich “narzę­dzi” i spo­rej ilo­ści czasu, a do tego takie małe niu­anse jak stop­niowe zale­wa­nie, pierw­szy łyk dla św. Toma­sza i tym podobne — cały rytuał to świetna sprawa.

    Bar­dzo spodo­bał mi się motyw ze święcą — zde­cy­do­wa­nie przetestuję !

    Dzięki !

Skomentuj

Poinformuj mnie o nowych komentarzach na e-mail. Możesz także SUBSKRYBOWAĆ ten wpis bez komentowania.

Witaj na 10 Ścieżek

Mateusz StyśCześć !
Z tej strony Mateusz.

Dobrze, że tu jesteś i mam nadzieję, że znaj­dziesz coś dla sie­bie. Ale uwaga… czy­tasz na wła­sną odpo­wie­dzial­ność, gdyż autor cał­ko­wi­cie się od niej uchyla.

Ale skoro już tu jesteś… zagląd­nij na pod­stronę zacznij tutaj.

Teksty prosto z pieca

Socjalizujemy się

Komentujemy