Zastanawiam się czy można napisać coś w temacie celów i motywacji, co jeszcze nie zostało napisane, albo chociaż skreślić kilka słów tak normalnie, bez pompatycznego psychologizowania i pretensjonalnego tonu.
Nie wiem. Wiem tylko, że muszę przycisnąć przycisk „publikuj” w panelu wordpressa przynajmniej raz na 3 tygodnie; no to przyciskam.
A co do dziwacznego tytułu…
Aki nem dolgozik, ne is egyék
Postanowienia – wszyscy je dobrze znamy. Zdarzają się nie tylko w Nowy Rok. Najczęściej maja jedna wspólna cechę – nic, ewentualnie niewiele z nich wychodzi.
Pomyślisz pewnie: „Scorpionsi, jakiś dziwny tytuł, a tu o postanowieniach – bez sensu”.
Jeśli tak to pewnie masz rację i nie zamierzam udowadniać, że jest inaczej; zamówiłem kawę, otworzyłem notatnik – muszę pisać dalej.
Ale, żeby nie było, że taki ze mnie całkiem arogant, to krótko powiem dlaczego po węgiersku (tak, ten dziwny język to węgierski). Chyba dlatego, że polska wersja tej frazy tak się osłyszała, że już nie przykładamy do niej większej wagi; po angielsku też tak raczej banalnie. A może to przez to dobre wino i piękne kobiety znad Dunaju (chociaż właściwie nam też tego nie brakuje – ani dobrego wina, ani pięknych kobiet).
Co do samej polskiej wersji tego przysłowia, to z pewnością każdy domyśli się jak ono brzmi po przeczytaniu tego wpisu do końca.*
Żadnych skrótów
Ale wracając do postanowień: zgeneralizowałem już mocno i pewnie przesadziłem jednocześnie, zakładając na wstępie, że nic z nich nie wychodzi. Nie zawsze tak jest – niekiedy się udaje.
Pozwól, że to zobrazuję:
Załóżmy, że od przyszłego tygodnia postanawiasz zacząć biegać (mogłem wpaść na coś bardziej oryginalnego). W poniedziałek wkładasz, specjalnie na tę okazje kupione, buty, zamykasz za sobą drzwi domu i…zaczynasz biec – udało się !
Kolejnego dnia robisz to samo; i tak przez cały tydzień.
Przychodzi poniedziałek; wracasz z pracy – pada, więc zostajesz w domu. Chwilę zajęło Ci przekonanie siebie, że tak będzie lepiej – bo możesz zachorować, albo – nie daj Boże – pośliźniesz się i skręcisz kostkę – jesteś usprawiedliwiony.
Nazajutrz pogoda jest nie lepsza, w pracy było masę roboty ; jesteś raczej zmęczony, a w domu tyle do zrobienia – zostajesz.
Kolejnego dnia warunki pogodowe idealne, ale już nie idziesz – zwyczajnie Ci się nie chce, i już nawet nie potrzebujesz wymówek – w końcu cel został zrealizowany.
Nie masz do siebie pretensji – przecież udało się to co sobie założyłeś. Zacząć biegać – czyż nie takie było postanowienie?
Jest jakiś mały podskórny dyskomfort, ale już odfajkowane, żyjemy dalej jak gdyby nigdy nic; będzie coś następnego – w końcu trzeba się rozwijać.
Brzmi znajomo?
A gdyby tak cel nieco zmodyfikować:
Będę biegał codziennie przez kolejny miesiąc mimo niepogody, zniechęcenia i natłoku obowiązków.
To z kolei brzmi przerażająco. Takich celów lepiej nie mieć bo…może się nie udać i co wtedy? – trochę głupio będzie spojrzeć w lustro.
To żeby było jeszcze trudniej:
Będę biegał codziennie, przez najbliższy tydzień; gdy już to zrobię – a na pewno zrobię, bo nie mam innego wyjścia – to będę biegał jeszcze przez kolejny tydzień; a gdy uda mi się i to – bo musi – to będę biegał przez miesiąc – zawsze o jeden mały krok do przodu, aż w końcu osiągnę cel. Będę biegał codziennie i stanie się to moim nawykiem; czymś zupełnie naturalnym; częścią mojego życia. Nawet jak odpuszczę jeden dzień, to nic się nie dzieje, bo już nie ma opcji rezygnacji – jestem na to za silny; zbudowałem coś trwałego, coś co będzie ze mną zawsze – charakter.
Przerażające? Raczej tak; nie dość, że trzeba ruszyć tyłek to jeszcze nie ma odwrotu.
Cel musi być jasny, określony w czasie, mierzalny i bez opcji pod tytułem „rezygnacja” – żadnych skrótów.
Często mówimy sobie: „chcę zrobić x”, czy: „dobrze byłoby zacząć z”, albo: „chciałbym nauczyć się y”. Problem z tak stawianymi celami jest jeden, ale dosyć istotny: to nie są cele, to są pobożne życzenia. Jak jest z życzeniami to wiemy wszyscy.
A co do biegania to muszę się przyznać, że żaden ze mnie biegacz. Gdybym codziennie ruszał w trasę pewnie by mnie już nie było widać; tak hojnie obdarzyła mnie natura, że czasem myślę, że spalam szybciej niż zjadam. Ale nie o bieganie tutaj chodzi; to tylko przykład.
Podobnie jest w każdym innym przypadku, czy jest to pisanie, nauka języka, trening siłowy, praca nad projektem, czy cokolwiek innego.
Małe bitwy
Pamiętam do dziś dni treningowe kiedy lało za oknem, a jedyne co chciało się zrobić po przyjściu z pracy, to zaparzyć gorącą herbatę i coś poczytać rozwalając się na wygodnej kanapie .
Pamiętam gdy trzeba było iść do popołudniowej szkoły językowej, gdy najlepszym wyjściem z możliwych wydawał się gorący prysznic i sen.
W takich chwilach wymyśla się najbardziej przekonujące wymówki pod słońcem – rodem z podręczników do marketingu. I to jest właśnie moment decydujący – albo siłą woli wystawiamy tyłek za drzwi i idziemy biegać, trenować, zrobić to co ma być do zrobienia, albo…idziemy na kompromis i decydujemy się na przeciętność.
Wszyscy mamy tendencje dążenia do przyjemności i do unikania bólu – te dwie rzeczy kierują naszym życiem na najgłębszym, podświadomym poziomie. Jednocześnie mamy świadomość i możliwość wyboru. Te codzienne wybory właśnie, są decydujące.
Chodzi o te małe bitwy. Wielu z nas nie zdaje sobie sprawy, że swoje życie wygrywa albo rozmienia na drobne każdego dnia. Nie są ważne wielkie cele, plany i marzenia, które wszyscy dookoła każą nam mieć. Prawdziwe znaczenie ma każda ta chwila, kiedy rezygnujemy z natychmiastowej przyjemności i komfortu na rzecz czegoś ważniejszego; to te małe wygrane się liczą – tylko one.
Tu nie ma wielkiej filozofii. Zupełnie jak w tym utworze Scorpionsów: „No Pain, No Gain” – i to jest jedyny sekret, który na dobrą sprawę żadnym sekretem nie jest.
Esencja rzeczy w temacie: Talent, praca, sukces na Revolution Of Man
Dobrowolna przeciętność
Każdego dnia na ulicy widuję ludzi, którzy poszli z życiem na kompromis; dobrowolnie wybrali przeciętność. Czasem decydują się coś z tym zrobić (wtedy widzę ich na siłowni lub basenie), ale wtedy jest już cholernie ciężko – dla wielu zbyt ciężko.
Decydują się na przeciętność gdy wpychają w siebie kolejne hamburgery, a brakuje już otworów w pasku. Patrzenie w lustro humoru raczej nie poprawia, ale tak jest wygodnie i przyjemnie.
Robią to też popijając pewnym znanym napojem (wszyscy wiemy, o który chodzi) kolejnego papierosa, bo przecież niczym innym już tego posmaku w ustach zabić się nie da.
Robią to także narzekając – w końcu to szybki i skuteczny sposób żeby poczuć się lepiej; zwalić winę na kogoś lub coś, i już… nie trzeba nic robić.
I tak dalej można by wymieniać, kończąc na rzeczach najmniejszych i prawie niezauważalnych.
Motywacja vs Dyscyplina
Jakiś czas temu Leo Babauta na Zenhabits pisał o tym, że dyscyplina jest mitem, a za wszystkie działania jakie podejmujemy odpowiedzialna jest nasza motywacja.
Długo nie chciałem się z nim zgodzić. Przez prawie dwa miesiące, za każdym razem gdy sobie o tym przypominałem, próbowałem znaleźć jakieś sensowne kontrargumenty dla jego teorii, i…nie znalazłem.
Motywacja rzeczywiście jest wszystkim; negatywna czy pozytywna – nieważne. Na najbardziej podstawowym poziomie albo chcemy uniknąć bólu, albo dążymy do przyjemności (najczęściej jedno i drugie). Są też i wyższe poziomy, ale musielibyśmy zahaczać o duchowość, a ja musiałbym udawać, że wiem o czym piszę – zostawmy to więc tak, jak jest.
Nie ma decyzji w naszym życiu, za którą nie stałaby jakaś motywacja.
O tym czy wychodzimy biegać gdy pada, piszemy gdy przyjemniej by było sprawdzić maila, projektujemy zamiast przeglądać fejsbooka – o tym wszystkim decydują nasze wewnętrzne motywacje.
Jeśli naszym życiowym celem jest przyjemna, bezstresowa egzystencja, przyprawiona, cholernie nie zdrowym co prawda, ale nieodparcie smacznym jedzeniem, albo satysfakcjonuje nas wielogodzinne zalegiwanie na kanapie przed telewizorem, to dokładnie temu będziemy podporządkowywać nasze decyzje; te najmniejsze, te codzienne.
Niektórym to wystarcza.
W jednym z wcześniejszych wpisów zamieściłem zrzut pulpitu, na którym obecnie pracuję. Znajduje się na nim jeden z najważniejszych dla mnie cytatów; bardzo prosty:
Jeśli chcesz więcej, musisz więcej od siebie wymagać.
– Phil McGraw
Żadna filozofia, ale nie pozostawiająca wyjścia.
Nie ważne jak wiele książek o sukcesie przeczytamy, i tak prędzej czy później większość z nas – niczym bumerang – wróci do tego krótkiego zdania.
I jeszcze raz, na koniec – no pain, no gain, czy, jak rzekli by przyjaciele znad Dunaju, – aki nem dolgozik, ne is egyék.
Idę na trening.
*Wskazówka: Kołacz – obrzędowe pieczywo pszenne, rodzaj chleba lub placka, dawniej stosowany w obrzędach etnicznych Słowian. Obecnie spotykany jeszcze na wsiach z okazji wesel oraz ważniejszych świąt.
Dodaj komentarz